tytuł: will we ever know
pairing: rickjin {eric/junjin}
fandom: shinhwa
uwagi: śmierć bohatera, nie mój fandom - nie znam charakterów postaci.
A/N: dla
FishiePower. trochę
megabardzo odbiegłam od fabuły, ale mam nadzieję, że się nie gniewasz. (tak wiem, za mało interakcji, przepraszam. :<)
i.
Eric doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to co robił było niedojrzałe i głupie. Singiel w jego wieku nie powinien nigdy spędzić więcej niż kilku sekund w dziale przepełnionym słoiczkami z odrzucającymi przecierami o nieciekawych kolorach i podejrzanie wyglądających etykietkach "gerber". Jedyną rzeczą, która go tutaj trzymała była niewielka luka pomiędzy musami jabłkowymi przez którą rozciągał się idealny widok na stanowisko z warzywami. Z głową między szklanymi słoikami, przylegając praktycznie całą powierzchnią swojego ciała do sklepowych regałów Eric czuł na plecach pogardliwe spojrzenia matek, które co jakiś czas mijały ten dział w poszukiwaniu smakołyków dla swoich maluchów. Obiekt jego obserwacji właśnie pakował 17 sztuk ziemniaków do foliowej siateczki. Chwila, pomyślał Eric, przecież mógłbym przysiąc, że wcześniej było 18. Jakby czytając w jego myślach blondyn zaczął rozglądać się w poszukiwaniu zguby. Nagle wszystko nabrało żywszych kolorów, obraz się wyostrzył, tempo zwolniło. Na oko, trochę młodszy od Erica chłopak zlokalizował samotnie leżącego kartofla i pochylił się, żeby go podnieść. Eric był jak w transie. Nigdy nie widział tak pięknej, krągłej, czarujące-
- Przepraszam pana. - były to ostatnie słowa, które Eric usłyszał przed bolesnym uderzeniem łokciem w brzuch od zmęczonej życiem matki za wszelką cenę szukającej tego cholernego musu jabłkowego. Kobieta przysłoniła ręką finalną scenę przedstawienia, które miało miejsce przy stanowisku z ziemniakami. Po kilku jakże niezręcznych sekundach nieudanego udawania normalnego 34-latka w dziale z papkami dla dzieci, rzucił się z powrotem do swojego punktu obserwacyjnego. Tam czekał go ogromny zawód. Chłopak od ziemniaków zniknął.
ii.
Rozgoryczony absurdalnością sytuacji, która miała miejsce nie tak dawno temu Eric ustawił się w kolejce do kasy. Tak właściwie zapomniał po co tu przyszedł, więc chwycił przypadkowy drobiazg z lady obok. Kiedy kładł go na taśmie jego wzrok zarejestrował znajomą rękę. Dłoń, która jeszcze kilka minut temu w ciągu kilku sekund stała się obiektem jego nienawiści. Uśmiechnął się kwaśno w stronę kobiety, która odgrodziła go od widoku życia. Nie przerywając kontaktu wzrokowego pochwycił plastikowy odgradzacz i ostentacyjnie odseparował swoje zakupy (paczka gum do żucia) od tych należących do piekielnego stworzenia przed nim. Po szybkim zlustrowaniu jej zakupów i zauważeniu rzędu szklanych buteleczek z przecierem marchewkowym zaczął rozważać opcję przewrócenia obiektu znajdującego się najbliżej niego, co najprawdopodobniej wywołałoby efekt domino. Po chwili, jego uwagę przykuło coś innego.
- Dziękuję. Reszty nie trzeba. - delikatny, melodyjny głos odpowiedział zmęczonej kasjerce. Zaintrygowany Eric zaczął przeczesywać wzrokiem teren, w celu zlokalizowania właściciela tak atrakcyjnego głosu. Nagle, wśród supermarketowego zgiełku jego uszu dobiegł delikatny szelest. Spojrzał przed siebie, skierował wzrok najpierw na foliową torbę wypełnioną złocistymi ziemniakami, a następnie na jej właściciela.
- Dobry Boże.. - wyszeptał Eric na oślep rzucając paczką gum w przestrzeń sklepu i wymijając ludzi czekających w kolejce, w pośpiechu udał się do wyjścia. Oddałby wiele by zamienić się miejscami z tym wysokim chłopakiem, który miał szansę przytrzymać drzwi blondynowi od ziemniaków. Eric, stojąc kilkanaście kroków dalej, był w stanie pochwycić trochę pozytywnej energii płynącej z jego przepięknego uśmiechu.
iii.
Eric był kłębkiem nerwów. Nie wiedział co ma zrobić, młodszy chłopak, młody bóg, powinno być bardziej trafnym określeniem, szedł kilka kroków przed nim. Zaciskając dłoń na uszach siateczki sprawiał, że mięśnie jego prawej ręki były idealnie wyeksponowane. Biały tshirt z dekoltem w serek podkreślał seksowną opaleniznę, a spodnie opinały jego perfekcyjny tyłek dokładnie w tych miejscach, w których powinny. Nagle blondyn niebezpiecznie się zachwiał i przewrócił głośno przeklinając na nierówności chodnika. Jeśli na świecie mogło być coś lepszego od tego niebiańskiego głosu mówiącego, że reszty nie trzeba, był to ten niebiański głos sypiący siarczyste przekleństwa klęcząc na środku chodnika w parku w otoczeniu rozsypanych ziemniaków. To moja szansa, pomyślał Eric przyspieszając kroku. Mężczyzn dzieliło kilka metrów, dlatego chłopak miał chwilę czasu na obmyślenie dobrej strategii i podziwianie tyłu młodszego. Może zaoferuję mu pomoc? Skomplementuję jego opaleniznę? Chłopak w zamyśleniu nie skupiał się w jakim kierunku zmierza. Tylko dlaczego świst przejeżdżających samochodów stawał się coraz głośniejszy? A może pozbieram cześć ziemniaków nie mówiąc nic, pozostawiając aurę tajemniczości? Chwila. Co to za krzyki?
- Człowieku, co ty wyprawiasz! Spieprzaj stamtąd! - ten sam, melodyjny głos był tym razem skierowany tylko i wyłącznie do niego. Ale dlaczego dochodził zza Erica? Starszy chłopak raptownie odwrócił głowę, ich spojrzenia się spotkały. Momentalnie doszło do niego to, że w zamyśleniu musiał zwyczajnie minąć obiekt swoich westchnień. Kręcąc głową, próbując pogodzić się ze swoją głupotą, obrócił się na pięcie i ostatnia rzecz, którą widział było przerażenie w tych przepięknych, brązowych oczach. Potem wszystko przybrało barwy ostrej czerwieni.